W wielkim skrócie

Ojaaa to już grudzień! Ba nawet połowa grudnia. A ja gdzieś zaginęłam w akcji, ale spoko spoko - żyję i mam się dobrze :)


Działo się wiele. Od wzlotów po upadki nastrojowe, od niemocy ogólnej po świeże pomysły i przypływy energii. Huśtawka taka, że matko kochano!
Aktualnie sytuacja wydaje mi się opanowana. Wpis o wszystkim i o niczym, pomieszanie z poplątaniem, tak aby nadrobić czas i po wielkim skrócie o tym co było, zabrać się za to co przede mną. 

Pracuję ciągle, jak zawsze ciężko. Jem regularnie dosyć, waga bez zmian. Szykuje się do świąt, chyba jak każdy. I najważniejsze, kocham wciąż tego samego mężczyznę :))) . 

Apropos świąt. Macie już ubrane choinki? Ja w tym roku wzięłam się za to nadzwyczaj wcześnie. Chyba mi po prostu jakoś tęskno było za taką ciepłą atmosferą i już bym chciała takiego spokojnego wieczoru w domu, na kanapie, pod kocem. Bardzo możliwe, że to właśnie dlatego. 

Inny powód to może to, że się wyprowadziłam. Z mojego domu, z mojego miasta, ba nawet z państwa! Także to będą pierwsze święta z dala od domu. Może przez ubranie choinki człowiek podświadomie szukał jakiegoś hmmm udomowienia nowego miejsca? 

Ahhh no i zaczęłam namiętnie oglądać vlogi. W tym całym wariactwie, między mieszkaniem a pracą, między wszystkimi innymi obowiązkami i poznawaniem nowych reguł, miejsc etc.; zauważyłam że łatwiej mi z blogiem gadanym tj. vlogiem. Gdzie nie muszę czytać (Tak tak wiem straszne lenistwo - ale nie! To nie wynika z mego lenistwa), mogę słuchać w między czasie gotować, prasować czy jeszcze co innego i sobie oglądać.
Oczywiście moje ulubione blogi nadal śledzę i staram się czytać jak tylko mogę na chwilę zasiąść przed laptopem.
Swoją drogą dziwne, że odkryłam vlogi dopiero teraz. Znaczy się wcześniej wiedziałam, że coś takiego jest, rozwija się i ma coraz lepiej na youtubie. Jednak nigdy wcześniej nie ciągnęło mnie do tej formy. Obecnie z czystej wygody - bardzo tak. 


Aaaaa jeszcze coś odkryłam. Ależ ze mnie Kolumb ostatnimi czasy. Mianowicie odkrywam smaki mlek roślinnych i różnych takich. Pijam kokosowe, sojowe, migdałowe, etc. To jest dobre! Pycha! Czemu ja tego wcześniej nie robiłam. Hihihiii.

Coś ktoś jeszcze poleca co bym mogła odkryć?


Kiss.

Stadion FC Barcelona Camp Nou

Będąc w Hiszpanii, w okolicach Barcelony, grzechem by było nie zobaczyć stadionu, który jest dumą Katalończyków. Jeden z największych na świecie. Największy w Europie. Camp Nou. 


Korzystając z okazji, iż do samej Barcelony nie mieliśmy znów tak daleko, a bilet na metro to koszt 4,90€ zdecydowałam zrobić niespodziankę dla mojego mężczyzny :) . 

Planowałam to już wcześniej, więc jeszcze przed wyjazdem z domu, odwiedziłam stronę https://www.fcbarcelona.com/, gdzie rozeznałam się w temacie i postanowiłam zakupić bilety na Camp Nou Experience - Tour&Museum. Nie planowałam żadnych innych odpłatnych atrakcji, zatem uznałam, że możemy sobie na to pozwolić. Po drugie radość mojego mężczyzny jest bezcenna :).
Zamówienie biletów jest prosta, przechodzimy do zakładki TICKETS (klik!) i wybieramy atrakcję, która nam odpowiada. Bilety można też oczywiście zakupić na miejscu.


I powiem Wam, że pomimo tego, iż jakąś fanką piłki nożnej nie jestem, to nawet na mnie stadion zrobił wrażenie! Świetne doświadczenie zobaczyć tak wszystko od zaplecza. 

Dzięki Camp Nou Experience, można zwiedzić stadion na każdym poziomie. Przechodzi się kolejno przez: muzeum, trybuny, salę konferencyjną, szatnię, murawę stadionu, stanowiska komentatorskie. Na spokojne zwiedzanie należy sobie zarezerwować około 2 godzin. Po wyjściu z samego stadionu można oczywiście też nabyć pamiątki w postaci zdjęć, które w różnych punktach stadionu robi obsługa; jak również w postaci piłek, ubrań, akcesoriów, etc. w oficjalnym sklepie FC Barcelona na terenie stadionu.

Było super! Musze to powtórzyć, że nawet na mnie kobiecie, która piłką nożną się nie interesuje ten stadion może zrobić wrażenie. Ja mam dosyć nijakie podejście do tego sportu. W swoim życiu byłam może na trzech... może czterech stadionach I czy II ligowych w Polsce. Także po wycieczce tej niczego nie oczekiwałam, ważne było by mój kochany miał frajdę. A tu bardzo pozytywne zaskoczenie! Podobało mi się i myślę, że z równie dużym zainteresowaniem i adrenalinką odwiedzałam kolejne pomieszczenia, korytarze stadionu. 




Panorama z poziomu trybun.


A Wy, macie zaliczone jakieś stadiony na swoich listach? Jakie wrażenia? 


Kiss.

City break: Calella

Z racji tego, że w tym roku na jako takich wakacjach jeszcze nie byliśmy i tęskno nam było za morzem... to czemu by nie pojechać nad morze, w ramach wakacji, gdzieś dalej? Na przykład do Hiszpanii. Bum!


Pięć wolnych dni od pracy - weekend plus trzy dni urlopu - tęsknota za morzem i zaległe wakacje. Ah bym zapomniała... dodać należy oczywiście podszepty mojego lubego "Nooo weź! Poszukaj czegoś. Zabukuj coś.", a później już mocniejsze "Jak wrócę z pracy, to chce wiedzieć gdzie lecimy." Bo opór stawiałam na początku a i owszem. Bo może już w nowym roku lepiej gdzieś, że teraz to już lepiej odpuśćmy, przecież święta niedługo, itd. Choć wyjechać ochotę miałam przeogromną! I stało się! Po jego motywacji nie mogło być inaczej :) . 

Odpaliłam laptopa i poszło już z górki. Wyszukiwarka tanich lotów, wyszukiwarka hoteli, rezerwacja, przelew i zrobione. 

Wybrałam zupełnie w ciemno, bo w Hiszpanii nigdy wcześniej nie byłam. Moim wyznacznikiem było:
  • ma być blisko morza
  • ma być poza centrum, zgiełku i tłumów
  • ma być jednocześnie blisko by do centrum dojechać 
tyle.

Calella spełniła wszystkie te warunki. Było baaaardzo blisko morza, a raczej nad morzem :). Było zdecydowanie poza centrum dzięki czemu nie było zgiełku i tłumów. I było na tyle blisko by złapać metro i po około 30-40 min przejażdżki wybrzeżem, dotrzeć do samiuśkiego centrum Barcelony (4,90 euro bilet)

Sama miejscowość też bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Za sprawą pewnego pana, którego imienia ani nazwiska niestety nie zapamiętałam, w Calelli czeka na turystów wiele atrakcji. O wspomnianym panu wiem tyle, że zrobił dla tej miejscowości wiele dobrego. Wiem, bo podziwiałam pomniki na jego cześć, a tabliczki pod nimi wskazywały ta to, iż był ambasadorem turystyki miasta. Czy coś w tym stylu. Sprawił po prostu, że Calella stała się bardzo atrakcyjna dla przyjezdnych i przyciąga coraz to więcej turystów. O czym nie miałam pojęcia wybierając tę miejscowość. 
Szczerze to zadecydowała atrakcyjna cena hotelu oraz dostępność pokoju w naszym terminie. 

W samej miejscowości jest kilka muzeów, miejsc zabytkowych, urocze knajpki i całe mnóstwo pięknych widoków! W budce obok stacji metra pracuje przesympatyczna pani, która dysponuje takimi fajnymi darmowymi mapkami oraz służy pomocą ;-) . 

Nie dziwię się ani trochę, że w sezonie wiele osób wybiera to miejsce na wakacje.

Jeśli ktoś chce więcej info odsyłam tu (klik!).

Ja natomiast przechodzę do krótkiej fotorelacji i wspomnień z tego pięknego miejsca. 

 
 







Spacerowaliśmy gdzie nas wzrok i nogi poniosły, bo pogoda mimo iż to październik była naprawdę okej.




Ze wspomnianych powyżej atrakcji my odhaczyliśmy między innymi latarnię, którą udało mi się uchwycić na zdjęciach z kilku różnych położeń. 




Pozostałości po wieżach telegrafu optycznego - Les Torretes





Spróbowaliśmy też oczywiście kilka tradycyjnych hiszpańskich potraw, m.in. paella.  

   
Oraz tradycyjnych fastfoodów, hihiihii. Aczkolwiek wybraliśmy desery, których nie ma w ofercie w 'naszym' macu. 

 
A z racji tego, że październik to trafiliśmy też na obchody Oktoberfest.



 

 Kilkudiowy wypad poza miasto uważam za bardzo udany!

Było tak jak być powinno! Wesoło, pięknie i aktywnie - wszystko co lubię najbardziej.
Calella zostaje dodana do mojej listy odbytych podróży (klik!) i już snuję plany o kolejnej :)) . 

Kiss. 

Garnier: Płyn micelarny z olejkiem arganowym

Już jakiś czas temu, bo coś z początkiem tego roku (luty 2016r.), na rynku pojawiła się nowość od Garniera. Płyn micelarny z olejkiem arganowym. Wreszcie weszłam w jego posiadanie i dlatego chcę się podzielić swoją opinią. 


Zdecydowanie jest to kosmetyk, który warto mieć w swojej łazience. Jak dla mnie jest wspaniały. 
Dlaczego? 
Bo uwielbiam wszelkie kremy, olejki, balsamy itd. ze składnikiem arganu. Jego zapach jest przepiękny, a dodatkowo zawsze pozostawia uczucie gładkości i miękkiej skóry. 

Do tej pory używałam płynu micelarnego 3w1, również marki Garnier, dla skóry normalnej i mieszanej (zielony). Jest również dostępna wersja dla skóry wrażliwej (różowy). Byłam z niego równie zadowolona. Zawsze go sobie ceniłam za wydajność, bo starczał na dłuuuugo. Za to, że oczyszczał skórę z makijażu i wszelkich innych paskudztw, które osiadają na naszej buzi w ciągu dnia razem z powietrzem. Za to, iż nie zostawiał przy tym dziwnej powłoczki, która dawałaby uczucie lepkości czy coś w tym stylu jak mleczka do demakijażu. Nie miał też żadnego zapachu. Był po prostu okej. Spełniał swoje zadanie i ja byłam zadowolona. 


I nagle bum! Jest nowa wersja tego kosmetyku. Płyn micelarny z olejkiem arganowym. Od pierwszej reklamy wiedziałam, że go kupię. Powstrzymywałam się jednak - powiem szczerze - bo miałam jeszcze wtedy całą nową butelkę 'zielonego', a przewidywałam, że jak kupię nowy to nie powstrzymam się by go otworzyć. 
Aktualnie 'zielony' się kończy, więc pozwoliłam sobie na zakup nowego cuda, które do tej pory zebrało już wiele dobrych recenzji. 


Napisałam cuda, bo dla mnie rozbił bank. Jest SUUUUUUPER! :))
Tak jak wspomniałam uwielbiam olejki arganowe, więc zapach arganu w tym dwufazowym płynie jest dla mnie piękny. Jak drogie perfumy, jest mega przyjemny dla nosa i otoczenia również, bo nawet jakiś czas po demakijażu zapach utrzymuje się na skórze twarzy. 

Jak wspomniałam z racji tego, że jest to płyn dwufazowy, zawsze przed użyciem należy pamiętać by delikatnie go wstrząsnąć. I tutaj oczywiście także zachwyt! Idealnie oczyszcza skórę, zmywa nawet naprawdę mocny makijaż oraz tusze wodoodporne bez tarcia. Tak właśnie nawet tusze, mam więc na myśli, że można go bez problemu używać nie tylko do demakijażu twarzy, ale również i oczu. Nie powoduje pieczenia ani nic w tym stylu. No czy jest jest idealny?  Jest :) .
Nie zauważyłam póki co żadnych negatywnych stron tego kosmetyku. Polecam! 

Co prawda zawiera on składniki, które mogą powodować zaskórniki, jednak z nimi można sobie radzić i zapobiegać inaczej. Na przykład:


Składniki powodujące zaskórniki, które zapychają pory:
  • nie zapychają
  • lekko
  • średnio
  • mocno

Skład płynu micelarnego z olejkiem arganowym Garnier:
Aqua/Water, Cyclopentasiloxane, Isohexadecane, Argania Spinosa Oil/Argania Spinosa Kernel Oil, Benzyl Alcohol, Benzyl Salicylate, Butyl Methoxydibenzoylmethane, CI 60725/Violet 2, Decyl Glucoside, Dipotassium Phosphate, Disodium EDTA, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Ethylhexyl Salicylate, Geraniol, Haematococcus Pluvialis/ Haematococcus Pluvialis Extract, Hexylene Glycol, Limonene, Linalool, Pentaerythrityl Tetra- Di-T-Butyl Hydroxyhydrocinnamate, Polyaminopropyl Biguanide, Potassium Phosphate, Sodium Chloride, Parfum/Fragrance.


Podsumowując. Ja jestem zachwycona i prze szczęśliwa, że weszłam w jego posiadanie. To były dobrze wydane pieniądze. 

 
Kiss  

Pudding z nasionami chia i musem z mango

Zastanawiasz się nad pysznym i zdrowym deserem? Byłoby idealnie gdyby jeszcze na dodatek był banalny w wykonaniu

No to jest :) Ten ma w sobie wszystko z powyższych. 

Wiele razu słyszałam o świetnych właściwościach nasion chia, ale nigdy nie miałam z nimi doczynienia. Lubię smak mango i ogólnie mango w każdej postaci. Plus całkiem niedawno trafiłam na wpis Anety aka Chocomonster21 (klik!), co dodatkowo zmotywowało mnie do zrobienia tego super deseru. 

Spawa jest bardzo prosta. Idziesz do sklepu i kupujesz: 
  • nasiona chia
  • puszkę mleka kokosowego (400ml)
  • dojrzałe mango. 

Potrzebne też będą:
  • miód
  • inne dowolne mleko (100ml)
ale to prawdopodobnie masz w domu, więc nie musisz ich wpisywać na listę zakupów. 

Wracasz do domu i kierujesz się do kuchni, a w niej przechodzimy do działania.
Do miski wlewasz mleko kokosowe, 'inne' mleko, dodajesz również 2 łyżki miodu i 4 łyżki nasion chia. Miszung miszung miszung, po czym przelewasz do pucharków/szklanek/miseczek - niepotrzebne skreślić. Na dzisiaj się już narobiłaś... więc wkładasz w takiej postaci do lodówki i zostawiasz na noc. 

 
Następnego dnia zabierasz się za mango. Obierasz tak jak się powinno, czyli bez naruszenia peści, po czym blendujesz. 


Pamiętasz te pucharki/szklanki/miseczki, które wczoraj chowałaś do lodówki? 
Wyciągnij je :) . 

I dokończ swoje dzieło. Przelej mus z mango na pudding, możesz dodać też wszystko inne co tylko lubisz. Płatki owsiane, suszone owoce, jogurt naturalny, itd.

Gotowe! Smacznego! :)


Czuję, że będzie fantastycznie smakował również z malinami, bananem czy jagodami zamiast mango i mam zamiar to sprawdzić w najbliższym czasie. A może ktoś z Was próbował już tego deseru w innych wariantach? Dajcie znać :) .


Kiss.

Małe rzeczy o wielkiej sile

Nie od wczoraj wiadomo, że szczegóły mają ogromne znaczenie. Drobiazgi często, gęsto wpływają na efekt końcowy. I tyczy się to skrajnie różnych kategorii. 


W tej notce skupię się na tych drobiazgach, które sprawiają że czuje się lepiej we wnętrzach, w których przebywam.

Niby drobiazg, niby nic.. a jednak ma taką moc i tak silnie wpływa na moją podświadomość, że ciężko obyć mi się bez:
1. Poduszki, jaśka, poduszeczki, poduchy. To absolutnie numer jeden na mojej liście. Nie wiem kiedy to się zaczęło i dlaczego (czy ma to jakieś podłoże psychologiczne?), ale uwielbiam poduszki. W mieszkaniu mam ich zawsze kilka..naście :) . Mniejsze, większe, w poszwach różnych tekstur i wzorów.
Poduszkę zabieram również ze sobą w podróże czy na wakacje. Mały jasiek, który zawsze fajnie wsunąć pod głowę w czasie drzemki, i który sprawia że czuję się lepiej gdy leży sobie na hotelowym łóżku czy na sofie/fotelu wynajmowanego pokoju. Wtedy obojętnie gdzie jestem, wnętrze staje się takie bardziej 'moje'. Sprawia, że czuje się lepiej.



2. Świeczki. Zapachowe, z kolorowym woskiem, w szkle, w formie tealight'a, bardziej czy mniej ozdobne. Byleby utrzymywały płomień. Ładnie wyglądają w dzień, niezapalone po prostu ozdabiające swoją obecnością stolik czy komodę. Jeszcze lepiej wieczorem zapalone, dające delikatny poblask. Dla mnie pomieszczenie od razu nabiera z nimi jakiejś takiej cieplejszej, przytulniejszej atmosfery.


3. Kubek. Ładny lub śmieszny. Elegancki lub z dziecinnym obrazkiem. Mam wielki kubeł i mam taki mały fajny kubeczek; i od razu kawa czy herbata smakuje lepiej :) . Też zazwyczaj zabieram ze sobą, przy okazji jakiś wyjazdów urlopowych jeden, ze swoich ulubionych kubków.

4. Grube wełniane skarpety. Nie przepadam za papuciami/klapkami czy jakimiś takimi do chodzenia po domu. Zawsze chodziłam boso lub w skarpetach, ale z racji tego, że jestem zmarzluchem to jesienią czy zimą nie jest to do końca okej. I tak kiedy pierwszy raz nabyłam takowe skarpeciochy, zostały ze mną i zaczęłam kolekcjonować następne i następne. Chodzę sobie w nich po mieszkaniu. Z antypoślizgową 'podeszwą', ze świątecznymi akcentami, z guzikami, wyższe, niższe, itd. Polubiłam tak bardzo, że teraz nie wyobrażam sobie takich nie mieć. 


5. Muzyka. Cisza jest super, od czasu do czasu aby odpocząć od zgiełku i codziennej gonitwy. Jednak nie wyobrażam sobie dnia bez muzyki. Zawsze w tle musi mi coś tam grać. Radio, YouTube, CD czy playlista na laptopie. Najlepsza na wszystko, na każdy humor i samopoczucie. Musi być! 

A wy? Macie też coś takiego? 

Dla mnie te kilka rzeczy sprawia, że kiedy jestem w domu, czuje się w nim dobrze. Te kilka rzeczy sprawia, że gorszy dzień mogę znieść łagodniej. Te kilka rzeczy sprawia, że w nawet najbardziej oddalonym miejscu od domu jest trochę łatwiej, bo te przedmioty mi go przypominają. Te kilka rzeczy jest wspaniałym dodatkiem do mojego dnia


Kiss.

DIY: Podarte spodnie

Szybki i tani sposób na podarte spodnie.


Podarte spodnie stały się modne już jakiś czas temu i ich sława nie słabnie. Każdego roku w sklepach pokazują się nowe modele tego rodzaju spodni. Większe dziury, mniejsze dziury, nacięcia pod kolanami, przetarcia itd. 

Miałam oczywiście parę takich spodni, jednak trochę mi się już znosiły, sprawy i porozciągały, przez co przestały wyglądać tak fajnie jak na początku. Postanowiłam nabyć nową parę 'przecierańców'. Niestety ceny w sklepach mnie nie przestaną zaskakiwać. I kiedy regularne spodnie mają swoją jakąś tam cenę, to z dziurami - bo modniejsze? - cenę mają czasem dwa razy większą. Zatem zmobilizowało mnie to do zrobienia 'przecierańców' własnoręcznie. 

Kupiłam rzecz jasna zwykłe klasyczne spodnie, w kolorze który mi najbardziej odpowiadał; które były dopasowane, a ich cena nie była wyrwana z kosmosu i pomyślałam 'do dzieła!' :) . 

Przygotuj wszystkie niezbędne rzeczy:
- spodnie: nowe lub też stare, którym chcesz nadać nowy unikalny wygląd
- coś do pisania: mydełko krawieckie, ołówek, długopis (łatwe do sprania na wszelki wypadek)
- nożyczki
- pęsetę
- pumeks lub jednorazowy nożyk do golenia.



1. Rozłóż spodnie i zaznacz czymś do pisania gdzie chciałabyś mieć przetarcia.


2. Teraz natnij zaznaczone linie.

3. Miłego skubania! Pęsetką wybierz nitki jeansu aby stworzyć dziury. 


4. Nie muszą być one idealne, takiej samej wielkości, w równych odstępach. Powinny wyglądać na zniszczone przypadkowo, czy też nadszarpnięte zębem czasu ;-) . 




5. Golarką lub pumeksem możesz dodatkowo wykonać przetarcia na kieszeniach i szwach to nada spodniom dodatkowego dziarskiego wyglądu.



6. Gotowe! Masz swoje nowe podarte spodnie. 



Polecam też wrzuć spodnie do pralki same, przed pierwszym wspólnym praniem z innymi ubraniami. Po pierwsze ze świeżo zrobionych przetarć i dziur odejdą resztki nadszarpniętych nitek, które mogą się okleić na innych ubraniach i nie byłoby to fajne. Po drugie pralka dodatkowo pomoże w nadaniu przetarciom jeszcze lepszy wygląd, po tym jak je wywiruje.

Wykonanie takich spodni jest bajecznie proste, a dodatkowo daje satysfakcję. Masz teraz spodnie, których nie będzie miał nikt inny, są unikalne bo zaprojektujesz je sama.

Kiss.

Podróżować znaczy żyć

Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś,  niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj. 

~Mark Twain


Odkąd pamiętam podróżowanie dawało mi uczucie szczęścia i satysfakcji. Od najmłodszych lat uwielbiałam każdy rodzaj transportu, a oczy robiły się wielkie i ciekawe by podziwiać krajobraz za oknem samochodu/pociągu. By móc iść na spacer w nowe miejsce, wspiąć się na drzewo, pojechać gdzieś rowerem. Wraz z moim wiekiem i lista miejsc, które chce jeszcze zobaczyć, rośnie i rośnie. 

Podróże uważam za jedno z największych bogactw jakie możemy sobie sprawić. Rzeczy materialne potrafią poprawić humor i poczuć się wyjątkowo, ale można je stracić. Tego co zobaczysz, nikt nigdy ci już nie odbierze. Widoki, emocje, doznania, to wszystko zostanie w twej pamięci. 
Dlatego nie odkładaj swoich marzeń, odkładaj na swoje marzenia! I spełniaj ich jak najwięcej :) .

Warto też te wspomnienia zachować w innych formach, jak na przykład zdjęcia, video, post na blogu. Ja opisałam do tej pory moje podróże do Holandii (klik!) oraz Grecji - Kreta (klik!). Zabrakło wpisu z pięknej Chorwacji czy innych miejsc.. bo wtedy jeszcze nie miałam bloga. Czytałam i czytam za to blogi innych i cieszę się za każdym razem gdy mogę podziwiać rozmaite miejsca oraz inspirować się dzięki wam na kolejne ciekawe podróże. 

Ostatnio pomyślałam też, że fajnie by było mieć taką mapę, na której mogłabym zaznaczać miejsca gdzie już byłam. I oto stworzyłam za pomocą map google coś takiego: MOJE PODRÓŻE - Tu byłam.(klik!)



Na podsumowanie najlepsze cytaty o podróżach:


Podróże to jedyna rzecz, na którą wydajemy pieniądze a stajemy się bogatsi.
Autor Nieznany
To podróż daje nam szczęście, nie jej cel.
Dan Millman
Zro­zumieli, że ideal­ny świat jest podróżą, nie miejscem.
Terry Pratchet
Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.
Ryszard Kapuściński

 Ahoj przygodo! Kiss.